sobota, 12 lipca 2014

Rozdział 3

Trochę się tu zmieniło, bynajmniej ja tak uważam. Może trochę dorosłem, może nieco zmężniałem, ale wiem, że to nie to. Tutaj chodzi o coś zupełnie innego.
Okropny dziś dzień. Okropne jest to, że ja wciąż pamiętam, że nie mogę się od tego uwolnić. Gdzie podział się dwunastolatek tak bardzo martwiący się o swój samochodzik? Gdzie podział się chłopak, który cieszył się, gdy ona przych… ONA. Tak, do tego dążyłem. To był mój cel, a może raczej nie chciałem do tego wracać. Wydawało mi się, że próbowałem zapomnieć.
Dziś mijają dwa lata, odkąd odeszła. Przyzwyczailiśmy się do siebie i do myśli, że zostaniemy tu na zawsze, a raczej do chwili, aż będziemy oboje pełnoletni. Pamiętam, jak żyliśmy w przekonaniu, że to tylko te maluszki są adoptowane. Aż tu pewnego dnia wszystko prysło. Bardzo długo myśleliśmy o naszej przyszłości. Wspólnej przyszłości. Mieliśmy tyle planów.
Ostatnio widziałem ją jako piętnastoletnią brunetkę z tak bardzo hipnotyzującymi oczami. Moja mała księżniczka. Obiecałem jej, że będę zawsze, byłem jej aniołem stróżem. A co jeśli jest jej tam źle? Co jeśli ona tak naprawdę nie chce tam być? Jestem jej przyjacielem, nie miałem jej opuszczać. Oni nie mieli jej zabierać. Nie mieli tego jebanego prawa, rozumiecie? Miała być przy mnie, do tych rypanych osiemnastu lat. Mieliśmy opuścić to gówno, zacząć nowe życie. Zamieszkać w małej kawalerce, znaleźć sobie odpowiednich partnerów. To nie miało tak wyglądać, mieliśmy być obok siebie. Tak iść przez życie. Dlaczego los nasłał ją na mnie? Żeby później mi ją odebrać?
W tym momencie uderzyłem pięścią w ścianę. Czułem jak tęsknota, żal, smutek i niezrozumienie mieszały się w mojej głowie. Starałem się być spokojny, choć ciężko w takiej chwili kontrolować czyny.
Wybuchłem.
Zacząłem krzyczeć.
Gdyby ktokolwiek mnie teraz z was zobaczył, pomyślałby, że jestem jak dziecko, które nie dostało nowej zabawki. U mnie nie było tego problemu, musiałem bawić się tym, co było tutaj. Nie mogli mi tego kupić rodzice. Ale... Nie jestem już dzieckiem, wchodzę w świat dorosłych, a zachowuję się momentami jak typowy dzieciak. Próbuję zapomnieć już dwa lata, próbuję. Wszystko mi ją przypomina.
Chciałbym, żeby tu była. Przytuliłbym ją tak mocno, jak tylko umiem. Powiedział, jak mocno tęskniłem. To przecież moja Nicol. Piętnastoletnia.. ugh, siedemnastoletnia przyjaciółka. Ciekawe jak bardzo wypiękniała. Chociaż bardziej się już nie da, przecież widząc ją ostatni raz, była tak perfekcyjna. Rozpoznałbym ją? Pewnie tak bardzo się zmieniła. Moje małe słoneczko. Przestań Bieber, to nie ma sensu.

Perspektywa Nicol
Otwieram frontowe drzwi biorąc jeszcze jeden głęboki oddech jakby miał być moim ostatnim. Wróciłam do tego syfu. Po siedmiogodzinnej nieobecności nic się tu nie zmieniło. Każda rzecz leży na swoim wcześniejszym miejscu. Czy żaden domownik nie miał zamiaru tutaj posprzątać? Co ja się oszukuję, ci ludzie się zmienili. Nie są już tacy jak sprzed dwóch lat: mili, opiekuńczy, troskliwi, a co najważniejsze opanowani. Od czasu adopcji wiele się zmieniło. Pierwszy rok był marzeniem, ale kolejny? Nie mam zamiaru wspominać o pieniądzach, choć to one są główną przyczyną tego wszystkiego. Barleyowie mieli własną firmę, a przez ich zaborczość i tendencję do pakowania się w problemy – zbankrutowali. Oczywiście, pieniądze nie są najważniejsze, ale naprawdę człowiek pod ich wpływem ogromnie się zmienia. Osobiście tego doświadczyłam, nie polecam.

Słyszę krzyki, nieprzyjemne syczenia.
Tak, to głos małżonków sprzeczających się o ostatnie grosze w ich portfelu. Nie jestem przekonana co zrobić. Decyduję się jednak podejść bliżej. Staję przy ścianie podsłuchując ich rozmowę, kochany Boże, obym nie została przyłapana.
- To nasze ostatnie pieniądze, Frans. – słyszę zaniepokojony głos „mamy”.
- Agnes, nie możemy dłużej utrzymywać Nicol, to dziecko sprowadza na nas jeszcze większe wydatki. Tak jak reszta naszych dzieci – uczęszcza do szkoły, potrzebuje ubrań i jedzenia, czerpie wodę i prąd. Zauważ, że to koniec. – kolejny raz dało się usłyszeć, że traci panowanie nad tonem swojego głosu. – Upadliśmy, nasza firma upadła. Niedługo nie będziemy mieli nic, nawet grosza przy duszy. Musimy ją oddać.
Co?
Mam zostać bez dachu nad głową?
Czy ten człowiek jest niepoważny?
Przez mętlik w głowie zaczynam czuć strach. Moje źrenice powiększają się, a w gardle przebywa nieprzyjemna gula. Moja klatka piersiowa niespokojnie się porusza, a ja przytykam dłoń do ust.
Czy to już koniec?
 Czy on naprawdę tak powiedział?
Co ze mną zrobią?
- Jesteś niepoważny. Wzięliśmy to dziecko pod swoją opiekę, daliśmy jej dom, rodzinę, wszystko. Zobacz jak to się zmieniło. – chyba unosi tym momencie szklankę z wodą, aby nawilżyć swoje zaschnięte gardło. Słyszę ten dźwięk. – Za dużo pijesz, mam wrażenie, że teraz to jest dla ciebie najważniejsze. Traktujesz ją jak służącą. Staram się to biedne dziecko obciążyć z obowiązków. Nie okazujesz jej nawet odrobiny serca. To chore. Ty jesteś chory.
- Przestań bredzić, lepiej daj jej ten głupi list z bidula. Niech wypierdala. Nie będę tracił pieniędzy na jakąś gówniarę, skoro nie mam ich nawet dla siebie, ciebie i dwójki naszych dzieci. Zapomniałaś już o nas? Teraz tylko ona się liczy?
Nie mogę się powstrzymać, ukradkiem zaglądam do kuchni. Widzę dwie postacie stojące przy wyspie kuchennej, która zastawiona jest masą brudnych naczyń. Ale bałagan. Jednak nie to przykuwa moją uwagę. Pan Frans – przecież nie nazwę go po tych słowach tatą ani ojcem – łapie matkę za ramiona brutalnie nią potrząsając. Boli mnie serce, nie to chciałam zobaczyć. Dlaczego ten człowiek tak się zmienił? Czuję smród, to piwo. Jebany alkoholik.
Patrzę z niedowierzaniem co jeszcze się stanie. Nie chcę by mnie zauważyli, więc nieco się chowam, jednak w dalszym ciągu widzę sytuację jak najbardziej wyraźnie. Chlast. Jej policzek poczuł uderzenie. Co on do cholery robi! Bije ją! Jest niemożliwy. To wszystko przeze mnie, gdyby nie ja – nie byłoby tego. Syknęłam. Chyba zostałam usłyszana, bo oboje patrzą w moją stronę. Zaciskam wargi, a wraz z nimi pięści. To nie może się dziać. Chowam się za ścianą, zsuwając po niej. To ten moment, w którym chciałabym się zapaść pod ziemię. Boję się, nie chcę zostać skrzywdzona.
- Frans! – słyszę głośny krzyk i kolejne uderzenie, a wraz z nim kroki zbliżające się w moją stronę. Zaciskam mocniej wargi, wbijając w nie zęby. Wiem matko, że próbowałaś go zatrzymać. Wiem, że on tu idzie. Wiem, że zaraz coś mi zrobi. Tak bardzo się boję.
Zostaję szarpnięta za bluzę. Posłusznie staję prosto. Nie wydobywam żadnego dźwięku, chociaż w duszy krzyczę, przeraźliwie krzyczę. Widzę jego wzrok, patrzy na mnie. Jego rysy na twarzy stają się bardziej widoczne, wściekł się. Złapał mnie za głowę.
Przestań, to boli.
- Posłuchaj, gówniaro. Nie po to adoptowałem cię, abyś teraz podsłuchiwała moje rozmowy. Rozumiesz?
Jego ręka unosi się i ląduje na moim policzku. Nie chcę okazać słabości, jednak łza uporczywie leci po moim policzku.
- Nie po to adoptowałem cię, żeby stracić wszystko, na co pracowałem przez całe swoje życie: pracę, rodzinę i dom. Rozumiesz?
Kolejny raz zostaję uderzona. Boli mocniej, ponieważ dostałam w to samo miejsce. Zaczynam szlochać. Robię to tak cicho, chociaż chciałabym głośniej.
- Nie po to adoptowałem cię, abym teraz miał cierpieć. WSZYSTKO PRZEZ CIEBIE. Rozumiesz?
Ból się nasilił. Chyba znów mnie uderzył. Nie jestem pewna, bo nic nie widzę. W głowie rozbrzmiewa: wszystko przez ciebie. Wszystko przeze mnie. Upadam na ziemię. Ciężko mi cokolwiek dostrzec. Tracę przytomność.
Pomożecie mi?
Nie pomogli mi.
Nie wiem co stało się z matką, dlaczego nie reaguje na to, co mi teraz robi. Wziął mnie na ręce. Pomoże mi? Niesie mnie na górę, prowadzi do mojego skromnego pokoju. Nie mogę protestować, jestem nieprzytomna. Nawet nie wiem, co się ze mną dzieje. Rzuca mnie na łóżko. Proszę, on tego nie zrobi. Prawda? Tak bardzo mnie nienawidzi. Ale jest tak bardzo upity. Nie czuję nic, przecież zemdlałam. Napaja się moim wyglądem. Nie mogę zareagować, chcę oprzytomnieć. Zdziera ze mnie bluzkę. Gdzie jest matka? Czy ona o tym wie? Zaczyna lizać mój brzuch. Siada na mnie okrakiem. Zdejmuje mój stanik biorąc w obie ręce piersi. Gwałtownie je masuje. Z jednej strony dobrze, że jestem nieprzytomna, nie czuję bólu. Z drugiej jednak chcę się obudzić i nie pozwolić mu zrobić nic więcej.
Na chwilę zamiera, chyba się nad czymś zastanawia. Wstaje i udaje się w stronę wyjścia. Och, może to tylko gra pozorów.
Myliłam się. Zaklucza drzwi i wraca z powrotem. Jeżeli ma już do tego dojść, dobrze, że nie czuję. Nie wytrzymałabym.
Usadawia się we wcześniejszym miejscu. Cieszy się jak głupi, prawie pluje ze swojego zadowolenia. Jest tak schlany, że może być zdziwiony, gdy po chwili puści pawia. Ściąga swoją bluzkę, ukazując tym samym swoją owłosioną klatkę. Chyba nie jest zadowolony, że jestem nieprzytomna, bo złapał mnie za twarz jedną ręką poruszając nią. Chciałby, żebym płakała, chciałby widzieć jak cierpię.
Zrezygnowany odpina moje spodnie, a po chwili zostaję już bez nich. Ze swoimi robi to samo. Jezu jaki on jest obrzydliwy. Niech się pohamuje. Mogłabym się obudzić i zrzucić go z siebie, ale wiem, że nie dałabym rady.
Powinnam teraz czytać list, o którym wspomnieli w swojej kłótni. Nawet nie wiem od kogo jest. Zamiast tego jestem nieprzytomna. Leżę bezbronna, nie wiem jak się obudzić. Nie czuję nic, nawet pustki. Po prostu chwilowo mnie nie ma. Nie mam nawet pojęcia, że zaraz zostanę zgwałcona.

Najdroższy Boże, dopomóż mi. Każ mu się opamiętać.


~.~.~
Nie chciałam dziś publikować rozdziału, ale z racji tego, że jutro wyjeżdżam-dodałam.
Mam nadzieję, że trochę Was zaskoczyłam. Myśleliście pewnie, że Nicol będzie czytała list, hm? Jak myślicie, dojdzie do gwałtu? Jeżeli tak, czy Nicol oprzytomnieje? Jak zareaguje na to wszystko?
Co do poprzedniego rozdziału: strasznie się na Was zawiodłam. Było bardzo mało komentarzy, a liczyłam na większe zainteresowanie.
Starałam się trochę zadziwić Was treścią, stawiam na tym, że właśnie tak się stało.


PRZECZYTAŁEŚ? SKOMENTUJ.

czwartek, 26 czerwca 2014

Rozdział 2

Perspektywa Justina
Nie potrafię znaleźć sobie miejsca przez rozmowę, która odbyła się pół godziny temu. Mama Jan powiedziała mi, co wpłynęło na adopcję Nicol. Faktycznie, długo zastanawiałem się, dlaczego w tym wieku została zabrana z „naszego domu”. Przeważnie było to rzadkością, aby nastoletnia osoba trafiała do rodziny zastępczej. Nie chciano takich, wszyscy brali tylko te najmłodsze dzieci. Czasami czułem się, jakbyśmy byli zabawkami, które można wziąć do siebie. Wiadomo, każdy wolałby tą nowszą, niż taką, która była już używana. Podobnie bywa z nami. Ludzie zazwyczaj adoptują dzieci jak najmłodsze, nie chcą już tych wyrośniętych.
Kobieta, którą od malucha nazywałem matką, powiedziała mi, że dziewczyna zaczynała się powoli gubić. Kiedy miała już wystarczająco dużo lat, postanowiono uświadomić ją, że jej rodzice nie żyją. Mama Jan pewnego wieczoru zasiadła z nią, opowiadając historię, jaka miała miejsce. „Nicol, twoja mama była silną kobietą, ale nie wytrzymała porodu, dlatego zaraz po urodzeniu ciebie, zmarła. (…) Ojciec popadł w głęboką depresję, niedługo po tym popełniając samobójstwo.” Słowa, które dotarły do uszu nastolatki, bardzo nią wstrząsnęły.
Nicol, nie powinnaś się martwić. Nie miałaś prawa im wierzyć. To brednie.

Wiesz jak się teraz czuję?
Nie wiedziałem o tej rozmowie nic, aż do dziś. Nie mogę pojąć tego, że nie zauważyłem w tej dziewczynie żadnej zmiany. Mama Jan powiedziała, że Nicol pogubiła się, gdy poznała prawdę. Nigdy wcześniej nikt nie wspominał o jej rodzicach, zresztą o moich też niewiele wiem. Dlaczego więc byłem tak ślepy, nie widząc, że coś z nią jest nie tak? To perfekcjonistka w ukrywaniu przede mną swoich uczuć. Niemożliwe, że nie zauważyłbym, gdyby było jakoś inaczej. Przecież nie było. Ogromnie się na sobie zawiodłem. Na szczęście, mama Jan pozwoliła mi napisać do niej list, który ona wyśle pocztą. Uznałem, że to dobry pomysł, więc wziąłem się do pisania.

"Witaj Nicol,
Piszę do Ciebie z nadzieją, że dostanę odpowiedź na mój list. Adres znasz, więc nie będzie kłopotu, aby mi go dostarczyć. Jestem tu, gdzie byłem. A Ty gdzie jesteś?
Długo dziś rozmawiałem z mamą Jan. W końcu poznałem powód Twojej wyprowadzki. Nadal nie wierzę, że byłem tak ślepy, nie zauważając, że coś jest nie tak, jak być powinno. Mam nadzieję, że kiedyś mi to wybaczysz, jednak nie odzywam się tylko z tego powodu. Strasznie się stęskniłem i chciałbym przywrócić Tobie kilka małych wspomnień, tych najbardziej wartościowych i tych, które nie mają żadnego znaczenia, a jednak zachowały się w mojej pamięci. Może zacznę od przypomnienia Ci, jak tutaj wygląda. Dawno Cię nie było i troszkę się zmieniło. Mama Jan, ah tę kochaliśmy! Za to mamę Keny… Pamiętasz może, jak bardzo nas przerażała? Nadal taka jest, nic się nie zmieniła. Ani odrobinę. Teraz Lucasowi zabiera samochody, znalazła sobie kolejnego kozła ofiarnego. Nie wiem, kto dał jej tutaj pracę. Nikt jej nie lubi. Ostatni pokój, który kiedyś był bez lokatorów, dzisiaj ma aż czterech. Wiesz jak dużo się tutaj zmieniło? Nie jestem w stanie tego opisać, to miał być krótki list, a czuję, że nie skończę zbyt szybko. Musisz sama nas odwiedzić, wszyscy czekamy na ten dzień, aż uda ci się do nas przybyć z wizytą. Pamiętasz, jak kiedyś godzinami zastanawialiśmy się, dlaczego najmłodsze dzieci przebywają tutaj tak krótko? Znaleźliśmy odpowiedź, po długim czasie, ale zawsze coś. Nieważne. Przypomnij sobie lepiej to, gdy malowałem Ci paznokcie, brudząc tym samym dywan na fioletowo. To był nasz ulubiony kolor. Pomyśl też o tym, kiedy obcinaliśmy palce od rękawiczek, chcąc być na topie! Malutka, a pamiętasz może, gdy przychodziłaś do mnie w nocy?

~
Do naszego pokoju weszła mama Kany, próbując spokojnie do nas mówić, abyśmy poszli spać, bo jest już po 23.00, a o tej godzinie jest u nas cisza nocna. Niestety, nie wyszło jej to, bo po tym, jak normalnie wypowiedziała pierwsze słowo, drugie już wykrzyczała. Po co ona tu pracuje, skoro nie potrafi dobrze i spokojnie obchodzić się z dziećmi? Nie panuje nad emocjami, zdecydowanie.
Przytakując, cała nasza czwórka usadowiła się na swoich łóżkach, które nawet nie skrzypiały.  Położyłem się już przebrany w niebieską piżamę, która w dotyku była miękka, a na brzuchu miałem czerwony samochód. Czułem się dość zmęczony, dlatego złapałem skrawek materiału kołdry i wtuliłem się w niego zamykając oczy. Starałem się zasnąć, lecz nie mogłem, a po piętnastu minutach ciszy, usłyszałem szybkie dreptanie. To zdawało się przychodzić coraz bliżej mnie, dlatego otworzyłem powieki nawet nie drgając. Poczułem jak strona łóżka za moimi plecami zaczyna się zapadać, chyba ktoś na nie siadał. Nagle usłyszałem znajomy głos. Tak, to była ta śliczna jedenastolatka.
-Justin –powiedziała najciszej, jak mogła, nie chcąc obudzić reszty.
-Co? –zapytałem zaspanym głosem odwracając się w stronę o rok młodszej ode mnie koleżanki.
-Bo ja nie mogę spać, a dziś dyżuruje mama Kany. Nie pójdę do niej, bo się boję. Mogę położyć się obok? –czułem jej błagalny wzrok na sobie, miała takie ogromne i ciemne oczy, zupełnie jak moje.
-Jasne, kładź się, tylko uważaj, bo obok twojej nogi leży mój samochód. –cicho się zaśmiałem zwracając jej słuszną uwagę. W przeciwnym razie mogłaby na niego stanąć i tym samym popsuć.
Widziałem jak jej oczy momentalnie powędrowały w dół, a już po chwili zaśmiała się. Przytaknęła odchylając kołdrę i wślizgując pod nią swoje zimne nogi, które zaraz oplotła między moje. Taki miała zwyczaj już od dziecka. Kiedy z kimś spała, musiała opleść nogi wokół nóg osoby, która leżała obok. Nie wiem skąd brał się ten nawyk, ale już mając dwanaście lat, podobał mi się. Dziewczynka wtuliła się w swoją lalkę, którą przyniosła ze sobą. Czułem jak jej ręka wbija się w moje plecy, dlatego zmieniłem pozycję.
~
Tak Nicole, pamiętasz to. Już wtedy wiedziałem, że jesteś dla mnie bardzo ważna, jako dwunastolatek, czułem też, że w przyszłości będziesz jeszcze bardziej. Dawno się nie widzieliśmy. Ja mam za miesiąc 18 lat, a ty skończyłaś już swoje 17 urodziny. Chciałbym Cię zobaczyć. To jak wyglądasz i czy się zmieniłaś. Jak myślisz, rozpoznałbym Cię? Opowiedz mi, jak jest u Ciebie? Co z Twoją nową rodziną i czy dobrze się dogadujecie? Mam nadzieję, że ucieszysz się z tej formy komunikacji. Z niecierpliwością czekam na odpowiedź.
Kocham Cię mocno,
Justin"

Włożyłem mój list w kopertę, oblizując jednym ruchem brzegi i zaklejając ją najlepiej, jak potrafię. Przez chwilę przyglądałem się moim wypocinom, które miały trafić do bardzo ważnej dla mnie osoby. Im dłużej się zastanawiałem, tym mniej chciałem ten list jej przekazać. Nie wiedziałem nawet, czy chce mieć ze mną jeszcze jakikolwiek kontakt. Co jeśli nie? Nieważne.
Wziąłem głęboki oddech podnosząc się z mało wygodnego już krzesła i ruszyłem w stronę pokoju mamy Jan, której wręczyłem kopertę.
-Czy to twój list do Nicol? Jesteś pewien, że chcesz jej wysłać to, co napisałeś? –dojrzała kobieta zaczynała mieszać w mojej głowie. Zadawała tyle niepotrzebnych pytań. Chciałem i już.
-Tak, jestem pewien. Jak najszybciej. –z lekkim niesmakiem przytaknąłem na swoje słowa, jeszcze chwilę rozsiewając wszystkie wątpliwości. –Proszę. –dodałem, kiedy uznałem, że powinienem być nieco milszy.
-Dobrze, Justin. Zaraz wypiszę dane i od razu zaniosę go na pocztę. Czy taki układ ci pasuje?
-Zdecydowanie. –odparłem, a na samą myśl, że list już dziś mógłby być dostarczony, naniosłem uśmiech na moją twarz.
Pośpiesznie opuściłem pomieszczenie zostawiając kobietę samą ze sobą i podążyłem w stronę swojego pokoju. Nie zastałem w nim nikogo, co dziwne. Dzieliłem go jeszcze z jednym chłopakiem i dwójką dziewczyn, którzy praktycznie cały wolny czas spędzali tutaj. Cieszyłem się, że mogłem pobyć chwilę sam. Mam czas na to, aby ogarnąć moje myśli.
-Niedługo Nicol się ze mną skontaktuje. Wspaniale.

~.~.~
Oto drugi rozdział, nieco go zmieniłam, ale myślę, że wyszedł całkiem dobrze. To dopiero początek, więc jeszcze nie pokazałam na co mnie stać.  Wiem, że potrafię więcej, ale nie chcę już wszystkiego wygadać co do treści kolejnych. Dziękuję za każde wyświetlenie oraz komentarz. To dla mnie spora motywacja i mam nadzieję, że Wasza ilość będzie rosła. Proszę Was, żebyście powysyłali gdzieniegdzie link do tego bloga, jeżeli Wam się podoba. 
Zapraszam tutaj: battle-of-the-dance.blogspot.com
Ściskam

PS Zaktualizowałam zakładkę "informacje", warto zajrzeć do niej po każdym dodanym rozdziale:)

piątek, 20 czerwca 2014

Rozdział 1

Ta dzielnica jest okropna, najgorsza w tym mieście. Całe to środowisko, tak naprawdę nie ma sobie nic do zarzucenia, gdyby nie to, jacy ludzie tutaj zamieszkują. Potocznie mówiąc, każdy z nas nazwałby to miejsce meliną. Nie dziwmy się, tak tutaj wygląda. Brudna strona miejscowości, smród, a po drodze walają się butelki, w których niegdyś znajdował się alkohol, teraz jednak nie ma w nich ani kropli tego płynu. Każdy zamieszkujący tu człowiek opróżnił swój nabytek do zera. Biedna ulica.
W ciemnym, obskurnie obdrapanym pomieszczeniu, na skraju łóżka siedziała ciężarna kobieta trzymająca w dłoni puszkę z piwem. Naprzeciw niej znajdował się przystojny, jednak mało zadbany chłopak, który chyba być partnerem dziewczyny. Oboje zdawali się być bardzo młodzi, lecz sam zapach, wygląd i atmosfera mówiły, że to nie jest dobra pora, ani miejsce na kolejnego członka załogi, jakim miał być mały chłopiec. Mimo, że siedzieli tu we dwójkę, nie było ani głośno, ani nadzwyczaj cicho. Po prawej stronie, tuż przy oknie znajdował się telewizor, wiadomo jak na tamte czasy i taką rodzinę, było to zwykłe pudło, które w XXI wieku jest już na złomowisku. Dodawał on jednak charakteru pomieszczenia, sprawiał nawet, że nie było tu tak cicho. Co rusz para słuchała wiadomości nabijając się z naiwności ludzi. Tym razem też tak było. Zwykły, ponury, szary dzień, bez krzty jakiegokolwiek opamiętania ze strony płci pięknej. Kobieta nosiła pod sercem dziecko, które wkrótce miało przyjść na świat. Jak można wywnioskować z jej zachowania – wcale nie cieszyła się na to zdarzenie, wręcz przeciwnie, miała zamiar do niego nie dopuścić. Mimo młodego wieku była uzależniona od alkoholu, papierosów i różnorodnych używek, tak samo zresztą jak jej towarzysz. Ludzie mieszkający na tej samej dzielnicy zastanawiali się, czy dziecko w ogóle dożyje dnia, w którym będzie mogło opuścić już ten śmietnik, w którym żyje. Wbrew pozorom ciąża przebiegała bez jakichkolwiek komplikacji, a wydawałoby się, że dziewczyna wykańczała osobę w niej żyjącą.
Kobieta odpaliła papierosa kilka razy zaciągając się nim, lecz kiedy była już w połowie, zgasiła go i wstała łapiąc się za plecy i wyginając w łuk.
-Jeremy! –zaczęła ciężko dyszeć upita kobieta. –To chyba już czas. Szybko dzwoń po taksówkę, jeżeli nie chcesz, abym urodziła tu i teraz na twoich kolanach! –w pomieszczeniu rozległ się kolejny krzyk zdesperowanej, przyszłej młodej matki, której oczy zapadały się, a ciało traciło jakąkolwiek równowagę. Kretynka.
-Mówiłem ci, że z tym czymś będą same problemy, wspominałem też o usunięciu, ale nie, bo blabla –jednym ruchem ręki chłopak złapał za telefon zamawiając pojazd.
Kończąc rozmowę spojrzał się na cierpiącą z bólu dziewczynę i uśmiechnął się kpiąco.
-To miał być nasz dzień, wszystko przebiegało dobrze. Wypiłem tylko dwa piwa, a już musze kończyć, bo ty kurwa nie potrafisz wyjebać tego gówna z siebie i zacząć żyć jak dawniej. Poza tym, zobacz jak ty wyglądasz. Grube świńsko! Okropne masz te uda, już nie wspominając jak brzuch ci odstaje. Byłaś taka piękna, a ten bachor cię tylko oszpecił –krzyczał bez opamiętania. Chyba naprawdę się zdenerwował tym, że nie mógł więcej wypić. Dziewczyna zaczęła szlochać. Mimo tego jak bardzo alkohol wpływał na jej myślenie, bolały ją usłyszane słowa. Była nierozsądna doprowadzając do tego, co niedługo miało się stać.
Wszystko przebiegało bez komplikacji, gdyż pijana para nawet nie pomyślała o tym, aby spakować jakąkolwiek potrzebną rzecz, którą mogliby ze sobą wziąć. Oboje chcieli to już zakończyć, tą całą szopkę i ograniczanie alkoholu. Ich główną myślą było, aby zostawić noworodka w placówce i już więcej tam nie wracać.
Dziewczyna chwiejnym krokiem wsiadła do auta, które wcześniej zostało zamówione przez chłopaka i czym prędzej udali się na porodówkę. Będąc na miejscu, od razu rozpętała się awantura. Lekarze widząc pijane osoby, starali się je wyprosić, lecz bez skutku. Kobieta, mimo promili musiała zostać zabrana na salę, by urodzić. Gdy było już po wszystkim, młoda mama w 50% wytrzeźwiała widząc malucha, którego niosła pielęgniarka. Chcąc dać dziecko prawnej opiekunce, ta skrzywiła się, mówiąc, że idzie do toalety. Nienawidziła tego dziecka, nie uznawała go za swoje, bynajmniej w tym momencie. Nawet nie chciała „tego czegoś” widzieć na oczy. Wiedziała jaka jest, wiedziała, że gdy poświęci mu trochę uwagi-przywiąże się do niego. Uważała, że to nie jej syn, tylko obcy człowiek, z którym nie ma się nic do czynienia. Ona tylko go urodziła, nie należał do niej. Gdyby mogła, wyrzuciłaby go na śmietnik. Suka bez serca.
Dziewczyna jak wyszła, tak nie wróciła. Słuch o niej zaginął, jedynie lekarze zamartwiali się, co zrobić z noworodkiem, który został nazwany Justin. Jedynym słusznym wyjściem było oddanie go do domu dziecka. Tam będzie bezpieczny.
~
Po drugiej stronie miasta mieszkała zamożna rodzina. Małżeństwo z ósemką dzieci posiadało ogromny dom z tak samo dużym ogrodem. Czy to w ogóle jest możliwe, aby wychować tak liczną gromadkę? Jeżeli odpowiedzią na to pytanie jest „tak”, to musi być to bardzo trudne. Rodzice tylu maluchów podjęli się wcale niełatwego zadania, sądząc chociażby po tym, co właśnie miało się wydarzyć. Na pozór rodzina bogaczy ma wszystkiego pod dostatkiem, jednak nic nie zastąpi szczerej miłości, szacunku i nadziei na wspólną, udaną przyszłość. Pani Reynolds przechodziła piąty miesiąc ciąży. Z dzieckiem wszystko było dobrze, ponieważ kobieta dbała o nie i regularnie odwiedzała specjalistę, aby upewnić się, że wszystko jest w jak najlepszym porządku.
Związek Reynoldsów to trudny temat. Oboje kiedyś byli w sobie na zabój zakochani. Dziś? Łączą ich tylko interesy, dzieci i to, na co wspólnie ciężko zapracowali. Nie chcieli się rozwodzić. Wiedzieli, że byłoby to wielką klęską dla ich firmy, która w szybkim tempie się rozwijała. Plotki szybko się rozchodzą, a oni grali kochającą się parę. Czy ludzie w to wierzyli? - Tak, poza nielicznymi osobami, które wchodziły w intymne stosunki, z którymś z małżonków. Żyli pod jednym dachem cicho jeszcze się w sobie kochając. Pan Reynolds miał kochankę, która pod nieobecność żony była częstym gościem na ich terenie. Pani zaś miała cichego wielbiciela, z którym szybko się zapoznała i ich życie wyglądało mniej więcej tak: seks, praca, seks, praca. Większość wieczorów spędzała w jego towarzystwie, czasem mając z nim bliższe stosunki niż myślisz. Każde z małżonków prowadziło podwójne życie. Dzieci ich jednak były naiwne sądząc, że mają normalną rodzinę, jak na ten wiek przystało. Kiedy kobieta zaszła w dziewiątą już ciążę, mężczyzna dał się ponieść emocjom. Miał dość ciągłego przywiązania do tego miejsca, chciał rzucić to w cholerę i nawet gdyby musiał zostawić jej cały swój majątek –zrobiłby to dla świętego spokoju. Ciągła presja, pod którą żył, udawanie szczęśliwej rodzinki. Małżonek wiedział, że dziecko nie jest jego. Oczywiście świadom był tego, że żona ma kogoś, przecież sam miał. Nigdy jednak nie dopuszczał do siebie myśli, że mogłaby spać z kimś innym niż on. Chyba go to bolało, bo postanowił, że nie będzie przebywał z tym dzieckiem pod jednym dachem. Od tego czasu wspólne życie Reynoldsów było przekreślone, żyli w ciągłym stresie, presji, obawie tak naprawdę niewiadomo czemu. Kobieta była zbyt słaba psychicznie, aby to wytrzymać. Tego było za wiele. Dziewiątka dzieci do wykarmienia plus mąż, który chce się jej wyrzec. Nikt mu się chyba nie dziwi, mało kto wytrzymałby takie życie. Pani Reynolds postanowiła usunąć ciążę, było to jedyne wyjście, aby zatrzymać męża w domu, obok. Prawdopodobnie zrozumiała, że znaczył dla niej więcej, niż mogłaby sobie przez ten czas wyobrazić. Mężczyzna nie zgodził się na taki przebieg sytuacji. Kazał jej urodzić, a kiedy nadszedł już ten czas, zrobiła tak, jak ją prosił –urodziła. Bała się bardzo konsekwencji, tego, że ją opuści, dlatego nie czekała i po kilku dniach odniosła dziecko do potocznie zwanego bidula nie pozostawiając po sobie śladu.

Jest to początek nowej historii.


~.~.~
I oto pierwszy rozdział, ja osobiście nie mogłam się doczekać, kiedy go dodam. Mam nadzieję, że się Wam spodoba. To dopiero początek i historia nie zdążyła się jeszcze dobrze zacząć.
Nie przedłużając -liczę na to, że każdy z Was zostawi po sobie ślad w komentarzu. Jest to dla mnie ogromna motywacja.
Proszę jeszcze o to, abyście wysyłali link do tego bloga, to dużo znaczy. Ściskam.
*Taka długość jest wystarczająco dobra?

EDIT. Chciałabym Was jeszcze zachęcić do odwiedzenia bloga mojej koleżanki, na którym również znajduje się fanfiction z Justinem. Gwarantuję, że sam prolog jest wciągający. Historia zupełnie różni się od tej, dlatego warto przeczytać coś innego.
battle-of-the-dance.blogspot.com

sobota, 14 czerwca 2014

Prolog

Nasze życie z biegiem czasu zaczyna się komplikować. Dochodzą nam kolejne konflikty, co wiąże się z problemami. Niektórzy nie mają łagodnego początku i zaraz po opuszczeniu brzucha matki są odrzuceni. Tak na dobrą sprawę, mało kto z nas przechodził w życiu prawdziwe piekło. Każdy ma problemy, jednak w większości przypadków są one przystosowane do wieku. Jedni radzą sobie z mniejszymi, a drudzy z większymi, choć jest grupa osób, która sobie nie radzi. Pomijając fakt, że nasze zmartwienia nie mogą się równać z problemami na przykład osoby mieszkającej w domu dziecka. Chociaż nie, STOP, wróć. Nasze myśli, uczucia i sytuacje życiowe nie mogą być porównywane. Większość z nas nie poradziłaby sobie, gdyby nagle musiała opuścić dom, rodzinę i zamieszkać w zupełnie innym miejscu, z zupełnie innymi ludźmi. Już nawet nie ma co się zastanawiać czy lepiej być odrzuconym czy też odebranym tuż po urodzeniu lub po kilku, kilkunastu latach życia. Oba wyjścia są niewyobrażalnie bolesne. Jak myślisz, co czuje Bogu winny człowiek, który nie jest pełnoletni, nie ma prawa decydować za siebie i pewnego dnia zabierają go od rodziny, albo sami go porzucają? Na to pytanie z własnego doświadczenia może Wam odpowiedzieć osoba, która przeżyła ową sytuację. Już jako małe, nowo narodzone dziecko został zabrany rodzicom, którzy nie docenili daru od Boga. Nie dotarło do nich, że dali początek człowiekowi, który w przyszłości pozwoli żyć kolejnemu. Oboje chyba źle to przemyśleli, popełnili poważny błąd. Poznajcie historię Justina, dziś już prawie 18-letniego chłopaka, który niegdyś nie miał tyle szczęścia co inni.

                                                                    ~.~.~
Pierwszy rozdział dodam, jeżeli będzie 15 komentarzy. Chcę po prostu wiedzieć, czy to, co robię ma sens. Wam przeczytanie tego i wysłanie komentarza zajmuje góra kilkanaście minut, a mi wymyślenie, napisanie i wprowadzenie poprawek jeszcze więcej. Uszanujcie moją pracę. Dziękuję.