Trochę się tu zmieniło,
bynajmniej ja tak uważam. Może trochę dorosłem, może nieco zmężniałem, ale
wiem, że to nie to. Tutaj chodzi o coś zupełnie innego.
Okropny dziś dzień. Okropne jest
to, że ja wciąż pamiętam, że nie mogę się od tego uwolnić. Gdzie podział się dwunastolatek
tak bardzo martwiący się o swój samochodzik? Gdzie podział się chłopak, który
cieszył się, gdy ona przych… ONA. Tak, do tego dążyłem. To był mój cel, a może
raczej nie chciałem do tego wracać. Wydawało
mi się, że próbowałem zapomnieć.
Dziś mijają dwa lata, odkąd
odeszła. Przyzwyczailiśmy się do siebie i do myśli, że zostaniemy tu na zawsze,
a raczej do chwili, aż będziemy oboje pełnoletni. Pamiętam, jak żyliśmy w
przekonaniu, że to tylko te maluszki są adoptowane. Aż tu pewnego dnia wszystko
prysło. Bardzo długo myśleliśmy o naszej przyszłości. Wspólnej przyszłości. Mieliśmy tyle planów.
Ostatnio widziałem ją jako
piętnastoletnią brunetkę z tak bardzo hipnotyzującymi oczami. Moja mała
księżniczka. Obiecałem jej, że będę zawsze, byłem jej aniołem stróżem. A co
jeśli jest jej tam źle? Co jeśli ona tak naprawdę nie chce tam być? Jestem jej
przyjacielem, nie miałem jej opuszczać. Oni nie mieli jej zabierać. Nie mieli
tego jebanego prawa, rozumiecie? Miała być przy mnie, do tych rypanych osiemnastu
lat. Mieliśmy opuścić to gówno, zacząć nowe życie. Zamieszkać w małej
kawalerce, znaleźć sobie odpowiednich partnerów. To nie miało tak wyglądać,
mieliśmy być obok siebie. Tak iść przez życie. Dlaczego los nasłał ją na mnie?
Żeby później mi ją odebrać?
W tym momencie uderzyłem pięścią w
ścianę. Czułem jak tęsknota, żal, smutek i niezrozumienie mieszały się w mojej
głowie. Starałem się być spokojny, choć ciężko w takiej chwili kontrolować
czyny.
Wybuchłem.
Zacząłem krzyczeć.
Gdyby ktokolwiek mnie teraz z was
zobaczył, pomyślałby, że jestem jak dziecko, które nie dostało nowej zabawki. U
mnie nie było tego problemu, musiałem bawić się tym, co było tutaj. Nie mogli
mi tego kupić rodzice. Ale... Nie jestem już dzieckiem, wchodzę w świat
dorosłych, a zachowuję się momentami jak typowy dzieciak. Próbuję zapomnieć już
dwa lata, próbuję. Wszystko mi ją przypomina.
Chciałbym, żeby tu była. Przytuliłbym
ją tak mocno, jak tylko umiem. Powiedział, jak mocno tęskniłem. To przecież
moja Nicol. Piętnastoletnia.. ugh, siedemnastoletnia przyjaciółka. Ciekawe jak
bardzo wypiękniała. Chociaż bardziej się już nie da, przecież widząc ją ostatni
raz, była tak perfekcyjna. Rozpoznałbym ją? Pewnie tak bardzo się zmieniła.
Moje małe słoneczko. Przestań Bieber, to nie ma sensu.
Perspektywa Nicol
Otwieram frontowe drzwi biorąc
jeszcze jeden głęboki oddech jakby miał być moim ostatnim. Wróciłam do tego
syfu. Po siedmiogodzinnej nieobecności nic się tu nie zmieniło. Każda rzecz
leży na swoim wcześniejszym miejscu. Czy żaden domownik nie miał zamiaru tutaj
posprzątać? Co ja się oszukuję, ci ludzie się zmienili. Nie są już tacy jak
sprzed dwóch lat: mili, opiekuńczy, troskliwi, a co najważniejsze opanowani. Od
czasu adopcji wiele się zmieniło. Pierwszy rok był marzeniem, ale kolejny? Nie
mam zamiaru wspominać o pieniądzach, choć to one są główną przyczyną tego
wszystkiego. Barleyowie mieli własną firmę, a przez ich zaborczość i tendencję
do pakowania się w problemy – zbankrutowali. Oczywiście, pieniądze nie są
najważniejsze, ale naprawdę człowiek pod ich wpływem ogromnie się zmienia.
Osobiście tego doświadczyłam, nie polecam.
Słyszę krzyki, nieprzyjemne
syczenia.
Tak, to głos małżonków
sprzeczających się o ostatnie grosze w ich portfelu. Nie jestem przekonana co
zrobić. Decyduję się jednak podejść bliżej. Staję przy ścianie podsłuchując ich
rozmowę, kochany Boże, obym nie została przyłapana.
- To nasze ostatnie pieniądze,
Frans. – słyszę zaniepokojony głos „mamy”.
- Agnes, nie możemy dłużej
utrzymywać Nicol, to dziecko sprowadza na nas jeszcze większe wydatki. Tak jak
reszta naszych dzieci – uczęszcza do szkoły, potrzebuje ubrań i jedzenia,
czerpie wodę i prąd. Zauważ, że to koniec. – kolejny raz dało się usłyszeć, że
traci panowanie nad tonem swojego głosu. – Upadliśmy, nasza firma upadła.
Niedługo nie będziemy mieli nic, nawet grosza przy duszy. Musimy ją oddać.
Co?
Mam zostać bez dachu nad głową?
Czy ten człowiek jest niepoważny?
Przez mętlik w głowie zaczynam
czuć strach. Moje źrenice powiększają się, a w gardle przebywa nieprzyjemna
gula. Moja klatka piersiowa niespokojnie się porusza, a ja przytykam dłoń do
ust.
Czy to już koniec?
Czy on naprawdę tak powiedział?
Co ze mną zrobią?
- Jesteś niepoważny. Wzięliśmy to
dziecko pod swoją opiekę, daliśmy jej dom, rodzinę, wszystko. Zobacz jak to się
zmieniło. – chyba unosi tym momencie szklankę z wodą, aby nawilżyć swoje
zaschnięte gardło. Słyszę ten dźwięk. – Za dużo pijesz, mam wrażenie, że teraz
to jest dla ciebie najważniejsze. Traktujesz ją jak służącą. Staram się to
biedne dziecko obciążyć z obowiązków. Nie okazujesz jej nawet odrobiny serca.
To chore. Ty jesteś chory.
- Przestań bredzić, lepiej daj
jej ten głupi list z bidula. Niech wypierdala. Nie będę tracił pieniędzy na
jakąś gówniarę, skoro nie mam ich nawet dla siebie, ciebie i dwójki naszych
dzieci. Zapomniałaś już o nas? Teraz tylko ona się liczy?
Nie mogę się powstrzymać,
ukradkiem zaglądam do kuchni. Widzę dwie postacie stojące przy wyspie
kuchennej, która zastawiona jest masą brudnych naczyń. Ale bałagan. Jednak nie
to przykuwa moją uwagę. Pan Frans – przecież nie nazwę go po tych słowach tatą
ani ojcem – łapie matkę za ramiona brutalnie nią potrząsając. Boli mnie serce,
nie to chciałam zobaczyć. Dlaczego ten człowiek tak się zmienił? Czuję smród,
to piwo. Jebany alkoholik.
Patrzę z niedowierzaniem co
jeszcze się stanie. Nie chcę by mnie zauważyli, więc nieco się chowam, jednak w
dalszym ciągu widzę sytuację jak najbardziej wyraźnie. Chlast. Jej policzek poczuł uderzenie. Co on do cholery robi! Bije
ją! Jest niemożliwy. To wszystko przeze mnie, gdyby nie ja – nie byłoby tego.
Syknęłam. Chyba zostałam usłyszana, bo oboje patrzą w moją stronę. Zaciskam
wargi, a wraz z nimi pięści. To nie może się dziać. Chowam się za ścianą, zsuwając
po niej. To ten moment, w którym chciałabym się zapaść pod ziemię. Boję się,
nie chcę zostać skrzywdzona.
- Frans! – słyszę głośny krzyk i
kolejne uderzenie, a wraz z nim kroki zbliżające się w moją stronę. Zaciskam
mocniej wargi, wbijając w nie zęby. Wiem matko, że próbowałaś go zatrzymać.
Wiem, że on tu idzie. Wiem, że zaraz coś mi zrobi. Tak bardzo się boję.
Zostaję szarpnięta za bluzę.
Posłusznie staję prosto. Nie wydobywam żadnego dźwięku, chociaż w duszy
krzyczę, przeraźliwie krzyczę. Widzę jego wzrok, patrzy na mnie. Jego rysy na
twarzy stają się bardziej widoczne, wściekł się. Złapał mnie za głowę.
Przestań, to boli.
- Posłuchaj, gówniaro. Nie po to
adoptowałem cię, abyś teraz podsłuchiwała moje rozmowy. Rozumiesz?
Jego ręka unosi się i ląduje na
moim policzku. Nie chcę okazać słabości, jednak łza uporczywie leci po moim
policzku.
- Nie po to adoptowałem cię, żeby
stracić wszystko, na co pracowałem przez całe swoje życie: pracę, rodzinę i
dom. Rozumiesz?
Kolejny raz zostaję uderzona.
Boli mocniej, ponieważ dostałam w to samo miejsce. Zaczynam szlochać. Robię to
tak cicho, chociaż chciałabym głośniej.
- Nie po to adoptowałem cię, abym
teraz miał cierpieć. WSZYSTKO PRZEZ CIEBIE. Rozumiesz?
Ból się nasilił. Chyba znów mnie
uderzył. Nie jestem pewna, bo nic nie widzę. W głowie rozbrzmiewa: wszystko
przez ciebie. Wszystko przeze mnie. Upadam na ziemię. Ciężko mi cokolwiek
dostrzec. Tracę przytomność.
Nie pomogli mi.
Nie wiem co stało się z matką,
dlaczego nie reaguje na to, co mi teraz robi. Wziął mnie na ręce. Pomoże mi?
Niesie mnie na górę, prowadzi do mojego skromnego pokoju. Nie mogę protestować,
jestem nieprzytomna. Nawet nie wiem, co się ze mną dzieje. Rzuca mnie na łóżko.
Proszę, on tego nie zrobi. Prawda? Tak bardzo mnie nienawidzi. Ale jest tak
bardzo upity. Nie czuję nic, przecież zemdlałam. Napaja się moim wyglądem. Nie
mogę zareagować, chcę oprzytomnieć. Zdziera ze mnie bluzkę. Gdzie jest matka?
Czy ona o tym wie? Zaczyna lizać mój brzuch. Siada na mnie okrakiem. Zdejmuje mój
stanik biorąc w obie ręce piersi. Gwałtownie je masuje. Z jednej strony dobrze,
że jestem nieprzytomna, nie czuję bólu. Z drugiej jednak chcę się obudzić i nie
pozwolić mu zrobić nic więcej.
Na chwilę zamiera, chyba się nad
czymś zastanawia. Wstaje i udaje się w stronę wyjścia. Och, może to tylko gra
pozorów.
Myliłam się. Zaklucza drzwi i
wraca z powrotem. Jeżeli ma już do tego dojść, dobrze, że nie czuję. Nie
wytrzymałabym.
Usadawia się we wcześniejszym
miejscu. Cieszy się jak głupi, prawie pluje ze swojego zadowolenia. Jest tak
schlany, że może być zdziwiony, gdy po chwili puści pawia. Ściąga swoją bluzkę,
ukazując tym samym swoją owłosioną klatkę. Chyba nie jest zadowolony, że jestem
nieprzytomna, bo złapał mnie za twarz jedną ręką poruszając nią. Chciałby,
żebym płakała, chciałby widzieć jak cierpię.
Zrezygnowany odpina moje spodnie,
a po chwili zostaję już bez nich. Ze swoimi robi to samo. Jezu jaki on jest
obrzydliwy. Niech się pohamuje. Mogłabym się obudzić i zrzucić go z siebie, ale
wiem, że nie dałabym rady.
Powinnam teraz czytać list, o
którym wspomnieli w swojej kłótni. Nawet nie wiem od kogo jest. Zamiast tego
jestem nieprzytomna. Leżę bezbronna, nie wiem jak się obudzić. Nie czuję nic,
nawet pustki. Po prostu chwilowo mnie nie ma. Nie mam nawet pojęcia, że zaraz
zostanę zgwałcona.
Najdroższy Boże, dopomóż mi. Każ mu się opamiętać.
~.~.~
Nie chciałam dziś publikować rozdziału, ale z racji tego, że jutro wyjeżdżam-dodałam.
Mam nadzieję, że trochę Was zaskoczyłam. Myśleliście pewnie, że Nicol będzie czytała list, hm? Jak myślicie, dojdzie do gwałtu? Jeżeli tak, czy Nicol oprzytomnieje? Jak zareaguje na to wszystko?
Co do poprzedniego rozdziału: strasznie się na Was zawiodłam. Było bardzo mało komentarzy, a liczyłam na większe zainteresowanie.
Starałam się trochę zadziwić Was treścią, stawiam na tym, że właśnie tak się stało.
Zapraszam tutaj: battle-of-the-dance.blogspot.com
PRZECZYTAŁEŚ? SKOMENTUJ.
jeju genialnie piszesz
OdpowiedzUsuńmam nadzieje, ze nie dojdzie do gwaltu i ze Nicol sobie poradzi
boże, tyle łez...
OdpowiedzUsuńOj uwierz mi że zdziwiłaś i jeszcze bardziej zaciekawiłaś ;)
OdpowiedzUsuńCzekam na kolejny ;)
Mam totalny mętlik w głowie i łzy w oczach. Nie wierze w to co się teraz dzieje jejku... Mam nadzieję, że nie dojdzie do gwałtu, a Nicol przeczyta list. Dlaczego Justina przy niej nie ma? :'(
OdpowiedzUsuńNie mogę się doczekać kolejnego rozdziału :'(
Nareszcie nowy rozdział!
OdpowiedzUsuńMusiałam chwilkę odetchnąc zanim zaczęłam pisac ten komentarz. To co się stało, to co przydarzyło się Nicol - to straszne, bo dziewczyna po prostu miała strasznego pecha, że trafiła na taką rodzinę, na takiego sukinsyna. Mam cichą nadzieję, że jednak nie dojdzie do tego gwałtu, że coś go powstrzyma, że coś się wydarzy...Nie mogę się doczekac kolejnego rozdziału. Jestem ciekawa jak ona zareaguje na list od Justina, co zrobi, jak się zachowa. Chciałabym, żeby się spotkali, porozmawiali i było między nimi dobrze. Pozdrawiam i życzę dużo weny...:) <3
Świetny rozdział.Kocham to opowiadanie .Zyczę weny i powodzenia w pisaniu <3
OdpowiedzUsuńRozdział cudowny. W końcu znalazłam czas aby go przeczytać <3 / @monikapxo
OdpowiedzUsuńSuper rozdzial! Spodziewałam się, że życie Nicol będzie sielanką, zabawą w raju, zupełnym pozytywnym zaprzeczeniem srocinca. A jej jest tutaj gorzej. Całkiem mnie zaskoczylas! Podoba mi się Twój styl pisania, no i to że pojawiła się porspektywa Nicol.
OdpowiedzUsuńPowodzenia, buziaczki :-*
PS. Czy do skreslanych myśli natchnal Cię "Dotyk Julii"? Tak tylko pytam bo jestem ciekawa :-)